Opinie
Skąd ta zmiana nastrojów?
Radziłbym bardzo ostrożnie podchodzić do inwestowania na rynkach w tym roku – pisze główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu
Historyczne już dziś dane EPFR za ubiegły rok wyraźnie potwierdzają: w wymiarze globalnym 2011 nie był rokiem dobrym dla giełdy; był za to zdecydowanie rokiem obligacji. Do funduszy obligacyjnych napłynęło netto ponad 117 mld dol. Z funduszy akcyjnych ubyło ponad 104 mld dol. (w tym w samych Stanach tylko w ostatnim kwartale aż 45 mld). Trudno się dziwić: kryzys znacząco zmniejszył skłonność do ryzyka, a dla wielu inwestorów ochrona kapitału i płynność stały się ważniejsze niż dochód z inwestycji. Mierzona dywidendą średnia rentowność spółek z indeksu S&P 500 wyniosła 2,2 proc. W tym samym czasie stały dochód w inwestycji w amerykańskie 10-latki dawał 2,0 proc., lokując się poniżej stopy inflacji.
Od początku 2009 do końca ubiegłego roku napływ do globalnych funduszy obligacyjnych sięgnął kwoty 774 mld dol. W tym samym czasie z funduszy akcyjnych ubyło 33 mld. Można więc powiedzieć, że 2011 stanowił kulminację tego trendu w przepływach kapitału, który odczytywać można jednoznacznie jako strach i niepewność wśród inwestorów finansowych.
Nic nie zapowiadało, by sprawy ulec miały zasadniczej zmianie w 2012. A jednak początek 2012 na globalnym rynku finansowym wygląda nietypowo i dość – trzeba przyznać na pierwszy rzut oka - zagadkowo.
Z jednej strony mamy ostre zwyżki na giełdach. W okresie kilku zaledwie tygodniu indeks S&P 500 wyrażony w dol. z dna, jakie odnotował w październiku ubiegłego roku, podniósł się o ładne o 22 proc. Wyrażony w euro wygląda jeszcze lepiej: wzrósł o 30 proc. Ktoś powie: efekt stycznia. Może i tak, ale dlaczego w takim razie indeks zmienności Vix (opcje na S& P500) spadł tak mocno, że znalazł się poniżej poziomu z lipca 2011? Logicznie rzecz biorąc tak silne wzrosty i niska zmienność sugerować powinny duże zaufanie inwestorów do giełdy. Czytaj: widzimy zanik obaw o wzrost, kryzys i - odpowiadajacy takim nastrojom - spadek awersji do ryzyka. Rzecz dotyczy nie tylko Stanów. W pogrążonej w chaosie Europie DAX 30 mocno dołował jeszcze w listopadzie (spadek o 16 proc.), ale zaczął odrabiać straty już w ostatnim tygodniu grudnia ubiegłego roku i nadal rósł (do 07 stycznia o ponad 8 proc.).
Czyżbyśmy mieli do czynienia z nagłym odwróceniem się nastrojów i powrotem oczekiwań na pomyślny scenariusz makroekonomiczny dla globalnej gospodarki? Rozwiały się gdzieś dołujące dotąd rynek obawy inwestorów?
Odpowiedź na to pytanie staje się mniej oczywista, jeśli do wniosków z notowań giełdowych dołożymy wycenę instrumentów w segmencie FI. Otóż, jeszcze w lipcu rentowność 10-letnich papierów amerykańskich oscylowała wokół 3 proc. Teraz jest to 2 proc. Tak niskie rentowności, ich spadek o ok. 1 pkt. proc. w okresie półrocza; spadek poniżej oprocentowania obligacji indeksowanych do inflacji (TIPs) – sugerują wyraźny brak wiary w trwałość ożywienia, za to obawy przed presją deflacyjną.
Popatrzmy co dzieje się z cenami surowców, tradycyjnie zawsze mocno skorelowanymi z rynkiem kapitałowym. Surowce przemysłowe, od lipca ubiegłego roku, odwrotnie niż giełda, spadły o 18 proc. Kto więc ma rację: inwestorzy giełdowi, czy ci z rynku surowcowego, którzy głosując nogami wyrażają brak wiary w tempo wzrostu gospodarczego? Ktoś musi sie mylić, bo inaczej trudno wyjaśnić to nagłe rozkorelowanie się historycznej zależności między tymi dwoma rynkami.
Wiara w trwałość tendencji wzrostowych pociągać też powinna za sobą większą skłonność do ryzyka i poszukiwanie wyższych stóp zwrotu z inwestycji. I tak faktycznie jest. Tyle, że wzrost indeksu EM MSCI, oddającego koniunkturę na rynkach wschodzących, gdzie ryzyko i stopa zwrotu są zawsze wyższe, wciąż nie nadążą za wzrostem indeksów na rynkach dojrzałych i pokazuje niedowartościowanie giełd w krajach rozwijających się na poziomie ponad 5 proc.? O co tu chodzi?
Rynek gra w ruletkę
Ten mocno niespójny obraz, jaki daje początek roku na rynku finansowym, można próbować objaśniać na kilka sposobów:
- po pierwsze – inwestorzy odnotowują te pomyślne sygnały z gospodarki amerykańskiej, które chcą dostrzegać (nieco wyższy wzrost, niska inflacja, statystyczna poprawa na rynku pracy), a ignorują te, które świadczą o permanentnych kłopotach (ceny nieruchomości, wyczerpywanie się nowych, coraz wyższych limitów długu publicznego, pogarszający się bilans Fed, jednorazowe czynniki wspierające popyt);






