Opinie
Gospodarcza prognoza pogody
Wskaźników koniunktury są setki. Amerykanie obserwują np. modelki „Playboya”. W czasie kryzysu panie na okładce i rozkładówkach są pulchniejsze i starsze – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Najsłynniejszy świstak na świecie Phil z Punxsutawney przepowiedział jeszcze sześć tygodni zimy. To małe miasteczko w Pensylwanii obchodziło w czwartek Dzień Świstaka uwieczniony głośnym filmem pod tym tytułem z Billem Murrayem w roli głównej.
W pewnym uproszczeniu wygląda to tak: w święto Ofiarowania Pańskiego Phil wychodzi z elektrycznie ogrzewanej nory w pniu drzewa, ogląda swój cień. Na tej podstawie opinię co do pogody przekazuje na ucho przedstawicielowi Klubu Świstaka. Na werdykt czekają w napięciu całe Stany Zjednoczone.
Podobno sprawdza się lepiej niż tradycyjne prognozy meteorologiczne. Podobnie może być w ekonomii, gdzie dotychczasowe metody przewidywania przyszłości zawodzą. Tylu błędnych prognoz, i w Polsce, i na świecie, jeszcze nie było. I nie chodzi tu o procencik w jedną czy drugą stronę, ale fundamentalnie nietrafne przewidywania rozwoju wypadków. Nie wiadomo, czy oto mamy długo oczekiwany zwrot i koniec kryzysu, czy złudne wahnięcie w górę, po którym sytuacja się pogorszy.
W diagnozie sytuacji nie pomagają eksperci. Zdecydowana większość spodziewała się poważnego regresu w drugiej połowie roku, a mamy wyraźną poprawę z kwartału na kwartał i kończymy rok z 4,3-proc. wzrostem PKB. Zresztą ostatnio co miesiąc mamy festiwal pomyłek. Sprzedaż detaliczna czy produkcja przemysłowa ma być słaba, a jest świetna. Zupełnie jakby wszyscy upadli na duchu. Dzieje się tak nie tylko w Polsce. Pesymiści wieszczący załamanie największy zgryz mają w USA. Spadło tam bezrobocie, wzrosła liczba zamówień, produkcja, a inwestorzy rzucili się kupować akcje na giełdzie. Indeks Nasdaq osiągnął najwyższy poziom od 11 lat. Analitycy zawsze mieli problem z trafnym przewidywaniem. Jak mawiał laureat Nagrody Nobla Paul Samuelson, „ekonomiści trafnie przewidzieli dziesięć spośród pięciu ostatnich recesji". Jednak teraz powodów do kpin zdecydowanie przybyło. Zgodnie z najnowszą definicją „analityk" to ktoś, kto zawsze potrafi wytłumaczyć, dlaczego jego prognoza się nie sprawdziła.
Moda na pesymizm
Od kilku lat nie możemy się doczekać końca gospodarczych turbulencji. To jednak nie usprawiedliwia aż tylu błędnych i nazbyt pesymistycznych prognoz. W Polsce analitycy muszą się często dostosowywać do centrali i nie mogą wydawać sprzecznych z nią opinii. Z kolei tamtejsi prognostycy są już zupełnie zamroczeni kłopotami Grecji czy Portugalii i poza nimi świata nie widzą. Renomowany „Financial Times" w grudniu dawał strefie euro dziesięć dni. Gdy zaczynał się kryzys w 2008 roku, wielu analityków przegapiło go, więc teraz nie chcą się wychylać i znów popełnić grzech optymizmu. Wiadomo też, że zwykle przebijają się głosy radykalne, więc gdy ktoś wieszczy jakiś dramat i podchwytują to media, inni eksperci muszą iść tym śladem. Bank Światowy właśnie znacząco obniżył przewidywania odnośnie do perspektyw światowej gospodarki. Zrobił to w czasie, gdy z Ameryki dotarły rewelacyjne dane.
Nie brakuje też teorii spiskowych. Mówienie o recesji miałoby być na rękę branży finansowej, by wymusić na rządach i bankach centralnych dodruk pieniędzy, co pobudziłoby koniunkturę na rynkach finansowych. Zresztą zainteresowanych opowiadaniem o strasznym kryzysie u bram jest więcej. Pracodawcy mają wymówkę, bo nie chcą dawać podwyżek, a Niemcy mogą liczyć na bardziej opłacalny eksport dzięki słabszemu euro. Donald Tusk z Jackiem Rostowskim straszą, bo chcą przekonać społeczeństwo do wydłużenia wieku emerytalnego. Założyli w budżecie na ten rok wzrost PKB tylko o 2,5 proc. i wkrótce będą mogli się pochwalić lepszymi od założeń osiągnięciami.
Na usprawiedliwienie zbierających cięgi wszelkiej maści prognostyków trzeba dodać, że zawodzi cały warsztat analityczny uznawany dotąd za kanoniczny. Najpopularniejszy jest wskaźnik PMI, kalkulowany na podstawie m.in. nowych zamówień, zatrudnienia czy stanu zapasów. W listopadzie i grudniu zszedł poniżej 50 pkt, czyli granicy między ożywieniem a pogorszeniem koniunktury i spadał najszybciej od dwóch lat. Tymczasem zupełnie na przekór wzrost naszego PKB w tym czasie przyspieszył. Nawet Baltic Dry Index, uchodzący za jeden najlepszych mierników światowej koniunktury (podaje ceny transportu surowców na trasach morskich), najwyraźniej oszalał i wskazuje gwałtowne pogorszenie. Jest już najniżej od 2008 roku. Dlaczego? Być może zaburzenie to wynika z obecnej wielkiej nadpodaży powierzchni ładunkowej na frachtowcach. Właśnie dlatego do danych i trzeba podchodzić teraz wyjątkowo ostrożnie.






