Surowce
Więcej gazu nie znaczy, że za dużo
Polska jest gotowa kupować więcej błękitnego paliwa z Rosji niż obecnie, i to przez najbliższych 27 lat
W ramach trwających od marca ubiegłego roku międzyrządowych polsko-rosyjskich negocjacji gazowych uzgodniono nowe warunki zwiększonych dostaw surowca i kilka innych kwestii. Ale treść uzgodnień wywołuje wiele kontrowersji.
Polska spełniła wiele rosyjskich oczekiwań w kwestiach gazowych. Ale nie może zrezygnować z 80 mln dol., czyli kwoty zaległych należności Gazpromu wobec EuRoPol Gazu za tranzyt rosyjskiego surowca przez nasz kraj. Rosyjski koncern kategorycznie odmawia zapłaty i przez to właśnie porozumienie pozostaje na papierze.
Te negocjacje są dla Polski trudne, bo to nasz kraj potrzebuje dodatkowego gazu, a Rosja to jedyny partner do rozmów. Polscy negocjatorzy występują więc w roli petenta, co Rosjanie skrupulatnie wykorzystują. W efekcie mamy formalnie wynegocjowane najważniejsze warunki porozumienia, ale obowiązuje ciągle stary kontrakt i o zwiększeniu dostaw nie ma mowy. To, że od stycznia płynie dodatkowy surowiec, to tylko „dobra wola” Rosjan. Ale nie wiadomo, jak długo potrwa, a na dodatek to nie wystarczy, bo w związku z mrozami i wysokim zapotrzebowaniem import powinien być jeszcze większy – przynajmniej o 20 proc.
W przyszłym tygodniu grozi więc ograniczenie dostaw dla przemysłu, a minister gospodarki zastanawia się, czy już trzeba sięgnąć po rezerwy strategiczne, których też nie jest wiele.
Kontrowersyjna umowa
Uzgodnienia poczynione z Rosją, o których wielokrotnie mówili minister gospodarki Waldemar Pawlak i jego urzędnicy, wzbudzają wiele kontrowersji. Wątpliwości opozycji dotyczą dwóch podstawowych zapisów, czyli wydłużenia obowiązującego do końca 2022 r. kontraktu jamalskiego o 15 lat oraz zwiększenia dostaw do 10,3 mld m sześc. (z 8 mld m w tym roku). Podstawowy zarzut to ten, że na zbyt długo uzależnimy się od rosyjskiego importu i nie będziemy w stanie zużyć zakontraktowanych ilości.
Faktyczne wydłużenie kontraktu może być niepokojące, nawet jeśli inne państwa, np. Niemcy, mają umowy do 2030 r. Jest też różnica między Polską i jej zachodnim sąsiadem. W Niemczech za kontrakt odpowiada nie rząd, ale koncern E.ON Ruhrgas, co pozwala – przynajmniej teoretycznie – nie angażować polityków w sprawy kontraktowe. Choć jednocześnie nie jest tajemnicą, że to jednak na szczeblu rządowym zapadają decyzje strategiczne, jak choćby udział E.ON w projekcie Nord Stream (budowy gazociągu przez Bałtyk z Rosji do Niemiec, i to mimo sprzeciwu np. Polski).
Nie do końca są uzasadnione obawy, że nie będziemy mieli co zrobić z nadmiarem gazu z Rosji. A na pewno nie będzie go za dużo przez najbliższe cztery lata, do czasu oddania gazoportu w Świnoujściu. Do połowy 2014 r. – gdy to się stanie – surowca nam brakuje. A w następnych latach wzrost importu z Rosji nie musi być znaczący, nawet jeśli w umowie zapisano, że dostawy wyniosą 10,3 mld m sześc. rocznie. Polska zapewniła sobie bowiem możliwość zmniejszenia dostaw o 15 proc., i to bez żadnych konsekwencji finansowych. Zamiast 10,3 mld m będzie mogła zatem sprowadzać 8,6 mld m sześc. rocznie (a więc tylko o 600 mln m więcej niż w 2010 r.).
Gazoport bezpieczny
Tym samym kolejne obawy – że porozumienie z Rosją zagrozi budowie gazoportu – stają się bezprzedmiotowe. Terminal, do którego mają przypływać statki ze skroplonym gazem, na pewno powstanie jako priorytet rządu. I to na czas, bo nikt, a na pewno nie inwestor, czyli spółki Polskie LNG i Gaz System, nie może sobie pozwolić na opóźnienie, gdyż jest to równoznaczne z wysokimi karami.
Inna kwestia to to, w jakim stopniu terminal w Świnoujściu ma być wykorzystywany. Jego możliwości zaplanowano na 7 mld m sześc. rocznie. PGNiG zakontraktowało dotąd 1,2 mld m (na dziesięć lat).
Nawet zakładając, że gazoport będzie wykorzystywany w połowie, to z uwzględnieniem zwiększenia wydobycia w kraju i importu z Rosji na rynku w 2015 r. będzie dostępne 17,5 mld m sześc. gazu. Zapotrzebowanie szacuje się na ok. 18 mld m.
Gazprom rozdaje karty
Rosyjski koncern to jeden z najważniejszych dostawców gazu dla Europy. Jego szefowie zapewniają, że firma jest wiarygodnym partnerem handlowym i traktuje gaz jak każdy inny towar. W praktyce bywa inaczej. W kolejnych konfliktach z sąsiadami – Białorusią i Ukrainą – nie chodziło tylko o cenę gazu lub stawki za tranzyt surowca. „Przy okazji” Gazprom naciskał, by tanio kupić część udziałów i kontroli nad białoruskimi gazociągami czy wpływ na modernizację rurociągów ukraińskich. Decyzje Gazpromu o zakręceniu kurka sąsiadom odczuwają inne kraje, choć regulują płatności za gaz. Rok temu z powodu konfliktu na linii Moskwa – Kijów przez kilka dni brakowało paliwa w państwach UE.






