Giełda i Finanse
Wiarygodność mierzy się w CDS
Jednym z symboli zawirowań finansowych z ostatnich lat stały się tzw. swapy ryzyka kredytowego
Instrumenty pochodne to finansowa broń masowego rażenia stwarzająca katastrofalne zagrożenie dla światowej gospodarki – ostrzegał osiem lat temu Warren Buffett.
Wielu unijnych polityków jest przekonanych, że opisywane przez słynnego inwestora zagrożenie właśnie się zmaterializowało w postaci kryzysu zadłużeniowego w strefie euro. Winę za jego eskalację ponosić mają bowiem CDS – swapy ryzyka kredytowego stanowiące jakoby ulubione narzędzie spekulantów.
O tych instrumentach głośno zrobiło się jednak już w 2008 r., gdy popchnęły na skraj bankructwa giganta ubezpieczeniowego AIG. W efekcie CDS, z których istnienia jeszcze kilka lat temu zdawali sobie sprawę tylko eksperci, stały się symbolem zawirowań finansowych z ostatnich lat.
Zakład czy polisa?
Międzynarodowe Stowarzyszenie ds. Swapów i Derywatów (ISDA) definiuje CDS jako dwustronne umowy dotyczące przeniesienia ryzyka kredytowego, czyli ryzyka niewypłacalności dłużnika.
Instrumentami bazowymi, od których CDS czerpią swoją wartość, są zwykle papiery dłużne. Mogą to być m.in. obligacje korporacyjne, skarbowe albo oparte na kredytach. Posiadacz takich papierów, kupując CDS, może się ubezpieczyć na wypadek, gdyby ich emitent nie wywiązał się ze swoich zobowiązań w okresie, na jaki zawarto kontrakt CDS (najczęściej pięć lat). Za gwarancję, że w takiej sytuacji – w żargonie rynkowym nazywanej wydarzeniem kredytowym – otrzyma zwrot pożyczki, płaci sprzedawcy CDS okresową składkę. Ten zaś w razie „wydarzenia kredytowego" przejmuje od nabywcy CDS ubezpieczone kontraktem aktywa po cenie nominalnej albo wypłaca mu rekompensatę. Zarówno sprzedawcami, jak i nabywcami tych kontraktów są głównie banki i fundusze hedgingowe.
Kontrakt CDS przypomina więc w konstrukcji zwykłą polisę ubezpieczeniową. Różni się jednak od niej m.in. tym, że pozwala ubezpieczyć się od ryzyka, którego się nie ponosi. Inwestorzy mogą bowiem kupować takie kontrakty na instrumenty dłużne, których nie mają w portfelach. W takim przypadku mówi się o „nagich" CDS. Bardziej niż polisę ubezpieczeniową instrumenty te przypominają więc zakład między dwiema stronami co do prawdopodobieństwa niewypłacalności dłużników. Dlatego też ceny CDS są często traktowane jako oceny wiarygodności emitentów papierów dłużnych alternatywne wobec tych, jakie wystawiają agencje ratingowe.
Zamiast ratingów
Historia CDS sięga połowy lat 90. Banki zaczęły wówczas za ich pomocą przenosić ryzyko związane z udzielonymi kredytami i w ten sposób uwalniać kapitał na kolejne pożyczki. Dopiero później zaczęto sprzedawać CDS na obligacje. Tak jak dziś rynek ten był wtedy nieregulowany, ale nie budziło to kontrowersji, bo miał relatywnie niewielu uczestników, którzy dobrze się znali.
Błyskawiczny rozwój rynku CDS i równocześnie wzrost poziomu jego skomplikowania przyniosła miniona dekada. Jak wynika z danych ISDA, nominalna wartość instrumentów bazowych, na które opiewały te kontrakty, wynosiła na koniec 2001 r. 918 mld dol. Sześć lat później kwota ta sięgała już 62,2 bln dol. W trakcie kryzysu finansowego rynek CDS skurczył się jednak o połowę. Rosnąć zaczął dopiero w ub.r., w dużej mierze wskutek wzrostu popytu na „polisy" na obligacje skarbowe w związku z narastającą świadomością inwestorów, że nawet państwom Zachodu może grozić niewypłacalność, co wcześniej było nie do pomyślenia. Jednak na długi państw wciąż przypada niespełna 10 proc. kontraktów CDS znajdujących się w obrocie.
Popularność CDS tłumaczona jest elastycznością tych instrumentów jako narzędzia zarządzania ryzykiem. Kontrakty te mogą bowiem być szyte na miarę: ich nabywcy mogą za pomocą jednego CDS ubezpieczyć cały portfel wierzytelności. Taki cel mają też na ogół nagie CDS na obligacje skarbowe. Nabywcy takich kontraktów mogą po prostu zabezpieczać się na wypadek strat na innych inwestycjach w danym kraju, jakimi poskutkowałaby jego niewypłacalność. Nie muszą wcale być spekulantami.






